Na planie nie ma generałów
2007-01-21, ostatnia aktualizacja 2007-01-21 17:20:44.0
fot. Dominik Sadowski / AG
- Dla mnie mieszkanie w Hollywood jest jak Syberia. Wolę być na Helu - mówi operator Sławomir Idziak
Jurata po sezonie - opustoszałe plaże, wymarłe ośrodki wypoczynkowe, pozabijane deskami smażalnie ryb. W takich warunkach znalazło się w grudniu 14 początkujących filmowców z Europy, uczestników projektu Film Spring. To dla nich pierwszy pobyt w Polsce. W ośrodku wczasowym Delfin w Juracie po raz pierwszy spotykali się ze swoim opiekunem, pomysłodawcą warsztatów Sławomirem Idziakiem. Mieli do dyspozycji kamerę cyfrową Panasonic, krajobrazy Helu i trzy tygodnie, by nakręcić film.
Sebastian Łupak: Co doświadczony filmowiec mówi początkującym na temat prawdziwego życia?
Sławomir Idziak*: Uświadamiam im, że w szkołach filmowych w całej Europie jest nadprodukcja, a zawód filmowca jest tak samo popularny jak zawód modelki. Ci młodzieńcy będą przez lata chodzić od producenta do producenta i wmawiać im, jakie genialne dzieło zrobią, aż w końcu sami w to uwierzą. I z tym "genialnym" scenariuszem debiutant pojawia się na planie. Nie radzi sobie z chaosem, z ekipą czekającą na jego polecenia. Niedoświadczony staje przed aktorami, scenografem, operatorem, szefami kaskaderów, specami od efektów specjalnych i komputerowych, i opowiada swoją wizję. Każdy z nich zrobiłby daną scenę lepiej, bo ma olbrzymie doświadczenie. Ale reżyserowi nie wolno zadawać pytań, bo straci autorytet.
Po dwóch tygodniach na planie jest totalnie zblokowany. Zaczyna się działalność życzeniowa, nie rzeczywista, bo on sobie mówi: "Robię film do Cannes, Amerykanie będą wykradali moje pomysły", a powstaje coś, czego widz nie jest w stanie obejrzeć do końca. I tak się kończy jego kariera, bo nikt mu już drugi raz pieniędzy nie da.
To co robić?
- Technika się zmieniła, a my nadal robimy filmy tak samo jak przed 30 laty. Proponuję im zmianę systemu reżyserskiego, autorskiego, w którym reżyser jest Bogiem, na system, w którym autorem filmu jest grupa twórców. Robimy rodzaj jam session, gdzie decyzje podejmowane są wspólnie. Bo kiedy spotykają się muzycy, improwizują, a kiedy spotykają się filmowcy, zaczynają od kłótni, kto tu rządzi. A film jest jak dzieło architektury i nie może go stworzyć jedna osoba. Kiedyś na planie w związku ze skomplikowaną techniką musiały być setki ludzi, a reżyser był generałem. W tej chwili kamera stała się takim samym narzędziem jak pióro, a do wyprodukowania filmu wystarczy komputer domowy. Skoro na planie jest osób pięć, to mogą się chyba dogadać?
Pan proponuje niskobudżetowe filmy, kiedy ludzie są przyzwyczajeni do hollywoodzkiego rozmachu.
- Finlandia jest małym krajem, w którym nigdy nie zwróci się żadna duża produkcja, więc choćby do kina na dany film poszedł cały naród, to i tak to im się nie opłaci. Oni muszą koprodukować. Mamy tu filmowców z Finlandii, Norwegii, ze Szwajcarii i z Niemiec. Chcę, żeby nawiązywali kontakty, bo dzięki temu będą mieli szanse na widownię nie tylko w Finlandii, ale także w pozostałych trzech krajach, i będą mieli pieniądze na następny film. To będą oczywiście filmy średniobudżetowe, studyjne, ale dzięki koprodukcji będą miały większą promocję w tańszy niż tradycyjny sposób.
W zeszłym roku uczestnicy zrobili na Helu półgodzinny film fabularny za 8 tys. euro, a taki sam film wyprodukowany przez telewizję niemiecką kosztowałby 250 tys. euro! My tutaj nie mamy techników, kierowców, charakteryzatorów, każdy z uczestników nosi lampy, robi make up, załatwia rekwizyty, buduje dekorację, sprząta, oświetla. Ja ich uczę, że obecny sposób finansowania filmów w Europie jest chory. To są pajęczyny powiązań, mnóstwo małych firm, które funkcjonują tylko po to, żeby wyciągnąć pieniądze z dysfunkcjonalnego systemu. Większość producentów w Europie ma interes nie w tym, żeby film odniósł sukces - kombinują, jak oszczędzić na produkcji i skierować do własnych kieszeni pieniądze z telewizji czy z dotacji państwowych.
To może jednak lepszy jest system hollywoodzki?
- Kino europejskie już świeci światłem odbitym kina hollywoodzkiego. W Finlandii uroczystość wręczania tamtejszych Oscarów odbywa się w małej restauracji, gdzie wszyscy się znają, ale próbują desperacko udawać, że to Hollywood. Z tym że Amerykanie mają industrialny sposób robienia filmów, my - tylko rzemieślniczy.
Zresztą także w Hollywood system jest niesprawny, a struktura skostniała. Przykład z filmu "Król Artur", przy którym pracowałem - zmarnowali 7 mln dol. na absurdalny mur długi na przeszło kilometr. W jednym kawałku nie dało się tego sfotografować, bo część była zasłonięta lasem. Do tego został zbudowany w dolinie i musiał być sfotografowany z góry, więc zawsze wyglądał na malutki. Bezmyślność! Mimo rewolucji technologicznej wciąż pracują tam na planie setki ludzi. Jeden tylko ustawia lampę, a drugi tylko folię na tę lampę. Nie można zrobić tak, żeby jeden ustawiał i lampę, i folię, bo nie zgodzą się związki zawodowe.
Czy młodzi, z którymi Pan tu pracuje, są gotowi poświęcić sławę dla pracy grupowej?
- Widział pan tutaj młodego reżysera z Finlandii, Mikę? Krzyczał, dyrygował, rozkazywał. Typowe! Jak spotkałby na planie Meg Ryan, to zapewniam, że spokorniałby. Potem oglądał to, co tu nakręcił, i doszło do niego, że to nie jest takie świetne, jak myślał. Mika tak jak cały ten zespół bierze tu udział w psychodramie, metamorfozie. Zrozumiał maminsynkową naturę swojego buntu.
Gdy kręciliśmy scenę w tawernie w porcie w Helu, to wiadomo, siedziały tam miejscowe pijaczki. Jak to pijacy, łazili, gadali, mamrotali, przeszkadzali. I Mika miał pretensje, że ich nie wyrzuciliśmy z planu. Potem okazało się, że tylko dzięki przebitkom na pijaczka ta scena w ogóle miała jakiekolwiek życie. Myślę, że Mika zrozumiał, że warto otworzyć się na innych, korzystać z ich pomysłów, słuchać krytyki.
Właśnie skończył Pan w Londynie zdjęcia do najnowszej części "Harry'ego Pottera", gdzie miał Pan na planie krzesło ze swoim nazwiskiem i sztab ludzi wykonujących rozkazy, a teraz siedzi Pan w Juracie w domu wczasowym i pracuje z buntującymi się młodzieńcami...
- Zostałem zaproszony na londyńską galę nagród BAFTA, gdzie "Helikopter w ogniu" miał nominację za moje zdjęcia. To jest taka sama heca jak Oscary - najdroższy hotel w Dochester, limuzyny z kierowcą, przywożenie, odwożenie, czerwony dywan. Siedzieliśmy z córką przy stoliku z piosenkarką Björk, przywitał się ze mną Russell Crowe. Urszulka, moja córka, była tym zachwycona. Po czym wylądowaliśmy Gdańsku, bo w Warszawie była mgła. Nie chciałem czekać do rana, więc wziąłem pociąg o godz. 23, osobowy. Do przedziału wpakowało się dwóch kompletnie pijanych żuli, więc włożyłem sobie buty na dłonie, żeby w razie czego móc się bronić. Jesteś w Dochester, a chwilę później w pociągu, który groził śmiercią i kalectwem, z pozamykanymi na klucz konduktorami - to jest moim codziennym doświadczeniem.
Dla mnie mieszkanie w Hollywood jest jak Syberia. Wolę być na Helu. Mnie stać, żeby tu być, bo nie mam kłopotów finansowych. Niewiele tu zarabiam, raczej dokładam, bo uczestnicy korzystają z mojego samochodu, brudzą go, demolują, niszczą mój sprzęt, filtry i projektor. Ale ta sprawa leży mi na sercu. Miałem w tym czasie kilka propozycji z Hollywood, film z Moniką Bellucci, ale odmówiłem.
Przez cały rok na planie "Harry'ego Pottera" pracowałem po 14 godzin na dobę. Człowiek nie ma wtedy życia prywatnego, tylko praca, sen, praca, sen. A rutyna w tym zawodzie to śmierć. Trzeba sobie zrobić przerwę, zgłodnieć, trzeba chcieć zrobić nowy film. Przepracowanie zabiło moich kolegów - Krzysztofa Kieślowskiego, Piotra Sobocińskiego. Jak tylko Kieślowski skończył robić ze mną "Niebieski", natychmiast rozpoczął "Biały", bez jednego dnia przerwy. Po 12-godzinnym dniu pracy szedł w nocy do montażowni, to trwało ponad rok. Żaden organizm tego nie zniesie.
Dlaczego na Helu nie ma filmowców z Polski?
- W Polsce nie było dotąd instytucji, do której mógłbym się zwrócić z propozycją współfinansowania tych warsztatów. W tym roku napisałem list do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Dostałem grzecznościową odpowiedź, że ze względu na inne zobowiązania nikt z Instytutu nie przyjedzie. Mamy już cztery kraje współprodukujące Film Spring, a Dania, Irlandia, Włochy i Anglia chcą się do nas przyłączyć.
Sławomir Idziak
Operator filmowy. Za zdjęcia do "Helikoptera w ogniu" (2001) Ridleya Scotta dostał nominację do Oscara i do nagrody BAFTA, a za "Trzy kolory. Niebieski" (1993) Krzysztofa Kieślowskiego nagrodę w Wenecji i nominację do Cezara. Z Kieślowskim zrobił też m.in. "Krótki film o zabijaniu" (1987) i "Podwójne życie Weroniki" (1991). Urodził się w 1945 r. w Katowicach. Ukończył wydział operatorski łódzkiej Filmówki. Pierwsze filmy za granicą kręcił z Krzysztofem Zanussim. Był też operatorem u Andrzeja Wajdy ("Dyrygent" z 1979 r.).
Film Spring
Warsztaty filmowe, których budżet (54 tys. euro) finansują cztery instytucje: Kölner Filmhaus (Niemcy), FOCAL (Szwajcaria), szkoła filmowa UIAH (Finlandia) i Norwegian Film Development. Uczestnicy pracują najpierw za pomocą internetu nad wspólnym scenariuszem (strona www.filmspring.eu), a potem przyjeżdżają na trzy tygodnie do Juraty na Helu, gdzie pod kierunkiem Idziaka kręcą 45-minutowy film. W tym roku zagrali w nim Norweżka Victoria Winge, Niemiec Marco Hofschneider i Mirosław Baka. Efekt pokazany będzie na festiwalach filmowych.
rozmawiał Sebastian Łupak
Źródło: http://www.gazetawyborcza.pl/
- Dla mnie mieszkanie w Hollywood jest jak Syberia. Wolę być na Helu - mówi operator Sławomir Idziak
Jurata po sezonie - opustoszałe plaże, wymarłe ośrodki wypoczynkowe, pozabijane deskami smażalnie ryb. W takich warunkach znalazło się w grudniu 14 początkujących filmowców z Europy, uczestników projektu Film Spring. To dla nich pierwszy pobyt w Polsce. W ośrodku wczasowym Delfin w Juracie po raz pierwszy spotykali się ze swoim opiekunem, pomysłodawcą warsztatów Sławomirem Idziakiem. Mieli do dyspozycji kamerę cyfrową Panasonic, krajobrazy Helu i trzy tygodnie, by nakręcić film.
Sebastian Łupak: Co doświadczony filmowiec mówi początkującym na temat prawdziwego życia?
Sławomir Idziak*: Uświadamiam im, że w szkołach filmowych w całej Europie jest nadprodukcja, a zawód filmowca jest tak samo popularny jak zawód modelki. Ci młodzieńcy będą przez lata chodzić od producenta do producenta i wmawiać im, jakie genialne dzieło zrobią, aż w końcu sami w to uwierzą. I z tym "genialnym" scenariuszem debiutant pojawia się na planie. Nie radzi sobie z chaosem, z ekipą czekającą na jego polecenia. Niedoświadczony staje przed aktorami, scenografem, operatorem, szefami kaskaderów, specami od efektów specjalnych i komputerowych, i opowiada swoją wizję. Każdy z nich zrobiłby daną scenę lepiej, bo ma olbrzymie doświadczenie. Ale reżyserowi nie wolno zadawać pytań, bo straci autorytet.
Po dwóch tygodniach na planie jest totalnie zblokowany. Zaczyna się działalność życzeniowa, nie rzeczywista, bo on sobie mówi: "Robię film do Cannes, Amerykanie będą wykradali moje pomysły", a powstaje coś, czego widz nie jest w stanie obejrzeć do końca. I tak się kończy jego kariera, bo nikt mu już drugi raz pieniędzy nie da.
To co robić?
- Technika się zmieniła, a my nadal robimy filmy tak samo jak przed 30 laty. Proponuję im zmianę systemu reżyserskiego, autorskiego, w którym reżyser jest Bogiem, na system, w którym autorem filmu jest grupa twórców. Robimy rodzaj jam session, gdzie decyzje podejmowane są wspólnie. Bo kiedy spotykają się muzycy, improwizują, a kiedy spotykają się filmowcy, zaczynają od kłótni, kto tu rządzi. A film jest jak dzieło architektury i nie może go stworzyć jedna osoba. Kiedyś na planie w związku ze skomplikowaną techniką musiały być setki ludzi, a reżyser był generałem. W tej chwili kamera stała się takim samym narzędziem jak pióro, a do wyprodukowania filmu wystarczy komputer domowy. Skoro na planie jest osób pięć, to mogą się chyba dogadać?
Pan proponuje niskobudżetowe filmy, kiedy ludzie są przyzwyczajeni do hollywoodzkiego rozmachu.
- Finlandia jest małym krajem, w którym nigdy nie zwróci się żadna duża produkcja, więc choćby do kina na dany film poszedł cały naród, to i tak to im się nie opłaci. Oni muszą koprodukować. Mamy tu filmowców z Finlandii, Norwegii, ze Szwajcarii i z Niemiec. Chcę, żeby nawiązywali kontakty, bo dzięki temu będą mieli szanse na widownię nie tylko w Finlandii, ale także w pozostałych trzech krajach, i będą mieli pieniądze na następny film. To będą oczywiście filmy średniobudżetowe, studyjne, ale dzięki koprodukcji będą miały większą promocję w tańszy niż tradycyjny sposób.
W zeszłym roku uczestnicy zrobili na Helu półgodzinny film fabularny za 8 tys. euro, a taki sam film wyprodukowany przez telewizję niemiecką kosztowałby 250 tys. euro! My tutaj nie mamy techników, kierowców, charakteryzatorów, każdy z uczestników nosi lampy, robi make up, załatwia rekwizyty, buduje dekorację, sprząta, oświetla. Ja ich uczę, że obecny sposób finansowania filmów w Europie jest chory. To są pajęczyny powiązań, mnóstwo małych firm, które funkcjonują tylko po to, żeby wyciągnąć pieniądze z dysfunkcjonalnego systemu. Większość producentów w Europie ma interes nie w tym, żeby film odniósł sukces - kombinują, jak oszczędzić na produkcji i skierować do własnych kieszeni pieniądze z telewizji czy z dotacji państwowych.
To może jednak lepszy jest system hollywoodzki?
- Kino europejskie już świeci światłem odbitym kina hollywoodzkiego. W Finlandii uroczystość wręczania tamtejszych Oscarów odbywa się w małej restauracji, gdzie wszyscy się znają, ale próbują desperacko udawać, że to Hollywood. Z tym że Amerykanie mają industrialny sposób robienia filmów, my - tylko rzemieślniczy.
Zresztą także w Hollywood system jest niesprawny, a struktura skostniała. Przykład z filmu "Król Artur", przy którym pracowałem - zmarnowali 7 mln dol. na absurdalny mur długi na przeszło kilometr. W jednym kawałku nie dało się tego sfotografować, bo część była zasłonięta lasem. Do tego został zbudowany w dolinie i musiał być sfotografowany z góry, więc zawsze wyglądał na malutki. Bezmyślność! Mimo rewolucji technologicznej wciąż pracują tam na planie setki ludzi. Jeden tylko ustawia lampę, a drugi tylko folię na tę lampę. Nie można zrobić tak, żeby jeden ustawiał i lampę, i folię, bo nie zgodzą się związki zawodowe.
Czy młodzi, z którymi Pan tu pracuje, są gotowi poświęcić sławę dla pracy grupowej?
- Widział pan tutaj młodego reżysera z Finlandii, Mikę? Krzyczał, dyrygował, rozkazywał. Typowe! Jak spotkałby na planie Meg Ryan, to zapewniam, że spokorniałby. Potem oglądał to, co tu nakręcił, i doszło do niego, że to nie jest takie świetne, jak myślał. Mika tak jak cały ten zespół bierze tu udział w psychodramie, metamorfozie. Zrozumiał maminsynkową naturę swojego buntu.
Gdy kręciliśmy scenę w tawernie w porcie w Helu, to wiadomo, siedziały tam miejscowe pijaczki. Jak to pijacy, łazili, gadali, mamrotali, przeszkadzali. I Mika miał pretensje, że ich nie wyrzuciliśmy z planu. Potem okazało się, że tylko dzięki przebitkom na pijaczka ta scena w ogóle miała jakiekolwiek życie. Myślę, że Mika zrozumiał, że warto otworzyć się na innych, korzystać z ich pomysłów, słuchać krytyki.
Właśnie skończył Pan w Londynie zdjęcia do najnowszej części "Harry'ego Pottera", gdzie miał Pan na planie krzesło ze swoim nazwiskiem i sztab ludzi wykonujących rozkazy, a teraz siedzi Pan w Juracie w domu wczasowym i pracuje z buntującymi się młodzieńcami...
- Zostałem zaproszony na londyńską galę nagród BAFTA, gdzie "Helikopter w ogniu" miał nominację za moje zdjęcia. To jest taka sama heca jak Oscary - najdroższy hotel w Dochester, limuzyny z kierowcą, przywożenie, odwożenie, czerwony dywan. Siedzieliśmy z córką przy stoliku z piosenkarką Björk, przywitał się ze mną Russell Crowe. Urszulka, moja córka, była tym zachwycona. Po czym wylądowaliśmy Gdańsku, bo w Warszawie była mgła. Nie chciałem czekać do rana, więc wziąłem pociąg o godz. 23, osobowy. Do przedziału wpakowało się dwóch kompletnie pijanych żuli, więc włożyłem sobie buty na dłonie, żeby w razie czego móc się bronić. Jesteś w Dochester, a chwilę później w pociągu, który groził śmiercią i kalectwem, z pozamykanymi na klucz konduktorami - to jest moim codziennym doświadczeniem.
Dla mnie mieszkanie w Hollywood jest jak Syberia. Wolę być na Helu. Mnie stać, żeby tu być, bo nie mam kłopotów finansowych. Niewiele tu zarabiam, raczej dokładam, bo uczestnicy korzystają z mojego samochodu, brudzą go, demolują, niszczą mój sprzęt, filtry i projektor. Ale ta sprawa leży mi na sercu. Miałem w tym czasie kilka propozycji z Hollywood, film z Moniką Bellucci, ale odmówiłem.
Przez cały rok na planie "Harry'ego Pottera" pracowałem po 14 godzin na dobę. Człowiek nie ma wtedy życia prywatnego, tylko praca, sen, praca, sen. A rutyna w tym zawodzie to śmierć. Trzeba sobie zrobić przerwę, zgłodnieć, trzeba chcieć zrobić nowy film. Przepracowanie zabiło moich kolegów - Krzysztofa Kieślowskiego, Piotra Sobocińskiego. Jak tylko Kieślowski skończył robić ze mną "Niebieski", natychmiast rozpoczął "Biały", bez jednego dnia przerwy. Po 12-godzinnym dniu pracy szedł w nocy do montażowni, to trwało ponad rok. Żaden organizm tego nie zniesie.
Dlaczego na Helu nie ma filmowców z Polski?
- W Polsce nie było dotąd instytucji, do której mógłbym się zwrócić z propozycją współfinansowania tych warsztatów. W tym roku napisałem list do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Dostałem grzecznościową odpowiedź, że ze względu na inne zobowiązania nikt z Instytutu nie przyjedzie. Mamy już cztery kraje współprodukujące Film Spring, a Dania, Irlandia, Włochy i Anglia chcą się do nas przyłączyć.
Sławomir Idziak
Operator filmowy. Za zdjęcia do "Helikoptera w ogniu" (2001) Ridleya Scotta dostał nominację do Oscara i do nagrody BAFTA, a za "Trzy kolory. Niebieski" (1993) Krzysztofa Kieślowskiego nagrodę w Wenecji i nominację do Cezara. Z Kieślowskim zrobił też m.in. "Krótki film o zabijaniu" (1987) i "Podwójne życie Weroniki" (1991). Urodził się w 1945 r. w Katowicach. Ukończył wydział operatorski łódzkiej Filmówki. Pierwsze filmy za granicą kręcił z Krzysztofem Zanussim. Był też operatorem u Andrzeja Wajdy ("Dyrygent" z 1979 r.).
Film Spring
Warsztaty filmowe, których budżet (54 tys. euro) finansują cztery instytucje: Kölner Filmhaus (Niemcy), FOCAL (Szwajcaria), szkoła filmowa UIAH (Finlandia) i Norwegian Film Development. Uczestnicy pracują najpierw za pomocą internetu nad wspólnym scenariuszem (strona www.filmspring.eu), a potem przyjeżdżają na trzy tygodnie do Juraty na Helu, gdzie pod kierunkiem Idziaka kręcą 45-minutowy film. W tym roku zagrali w nim Norweżka Victoria Winge, Niemiec Marco Hofschneider i Mirosław Baka. Efekt pokazany będzie na festiwalach filmowych.
rozmawiał Sebastian Łupak
Źródło: http://www.gazetawyborcza.pl/
Labels: polish
